Zazwyczaj wyjazd do mamy był próbą docierania się. Ciężką próbą dla nas obojgu. Za każdym razem są to trudne kilka dni - oblane łzami, krzykiem, wylewaniem sobie żali. Nic przyjemnego, ale może potrzebnego (?). Tym razem pojechałam tam głównie na badanie. Ale przy okazji miałam zostać, standardowe trzy dni. Nie pasowało mi to, bo przecież nie chciałam już z nią utrzymywać kontaktu, odpuściłam sobie. Przytuliła mnie na powitanie, ja byłam sztywna. Szłyśmy do jej domu, ona mówiła, ja w ogóle nic się nie odzywałam. Ma pieska, to znaczy ten jej ma. Kochany psiak, bardzo energiczny. Pod wieczór znowu zaczęła się między nami nieprzyjemna rozmowa. To chyba się nigdy nie zmieni, już nie ma sensu próbować tego zmieniać. Potem noc. Ciężka, chłodna noc. Nie chciałam kłaść się obok niej. Chciałam zatopić się w żalu. Usiadłam na podłodze okryta kocem, z gorącą herbatą i tak siedziałam pół nocy, przy blasku świecy. Mimo, że kilka razy mnie wołała, nie chciałam, nie mogłam. Siedziałam i patrzałam w mrok. Było mi zimno, oczy same się zamykały, ale nagle rany się pootwierały. Znów zdałam sobie sprawę z tego jak wygląda rzeczywistość i, że nigdy się z tym nie pogodzę. Nigdy tego nie zaakceptuję. Pałętam się po domu, idę do łazienki, tam płaczę patrząc w lustro. Pytam się tej dziewczyny ze smutnymi oczami "co ty ze sobą zrobiłaś...". I patrzę w swoje oczy spłakane i silne ukłucie samotności znów czuję.W końcu idę do niej do łóżka, siadam gdzieś na końcu łóżka, w jej nogach. I znowu ścisk we mnie, znowu zagryzam wargi i zaciskam pięście z bólu. Ona śpi, tak spokojnie śpi, a ja obok wypalam sobie poliki łzami. I kiedy tak siedzę w tym ciemnym pokoju, mając ją tak blisko siebie... czuję jak bardzo ona jest już daleko ode mnie. Przypominam sobie jak kiedyś spałyśmy razem w naszym domu. To, że kiedyś chociaż pogłaskałaby mnie, chwyciła za rękę. A teraz nic. Leży taka obca. Taka nie-moja. Wstaję znowu, wyszukuję pospiesznie w ciemnościach leki. Łykam garść, popijam wodą. Czuję jak łzy z polików kapią na moją bluzkę. Stojąc przy blacie patrzę w niezasłonięte okno. Pada na mnie blask światła lamp. I znów burza łez we mnie się zbiera, znowu się trzęsę. Zaciskam palce na blacie. Myślę sobie, że tej nocy już nie zasnę. Zasypiam w końcu ze zmęczenia, leżąc obok niej, odwrócona plecami. Potem rano nie chcę iść na badania, chcę jechać do domu, chcę spierdalać z tego miejsca. Ona mówi tylko, żeby ojciec po mnie przyjechał. Nic nie mówię, zaczynam się pakować. Ze łzami w oczach. Bolało, że mnie nie zatrzymywała. Wcześniej jeszcze chciała bym została, teraz tak po prostu pozwala mi odejść. Zabieram wszystkie swoje rzeczy. Wszystkie. Łącznie z poduszką, która zawsze tu na mnie czekała. I gąbką do mycia ciała. Żegnam się jeszcze z psiakiem leżącym w kojcu. Głaszczę go przez dłuższą chwilę, płaczę. Już tu nie wrócę. I wiem, że jej lżej z tą myślą. Czeka tylko, aż pójdę sobie, aż przyjdzie ważniejsza osoba w jej życiu, aż przestanę jej przeszkadzać, i obrzucać ją błotem. Na badaniu płaczę, ale lekarka jest bardzo miła. Znowu muszę przepraszać za łzy, tłumaczyć, że ja tak mam, wyjaśniać dlaczego i znowu słyszę, że powinnam wybrać się do specjalisty. Wyniki badania prawidłowe. Ulga jak i ciąg dalszy strachu - bo trzeba szukać dalej. A najgorsze jest to, że to nie koniec. Najgorsze jest to, że wiem, że przede mną jeszcze wizyty u różnych lekarzy, kolejne badania. (...)Pijemy kawę w socjalnym, znowu zdążamy się jeszcze posprzeczać. Potem odprowadza mnie, ojciec na jej widok znika w środku samochodu, przytula mnie, znów jestem sztywna. Wyciągam z torebki gorzką czekoladę - jej ulubioną, i rudą farbę, całuje mnie jeszcze raz, przytula czulej. Zakładam okulary, przez całą drogę spod nich wypływają łzy i kapią mi na ręce. Muzyka na full w słuchawkach. Przejeżdżam te znajome mi ulice. Te drogi, które kiedyś przejeżdżaliśmy wszyscy razem, całą rodziną. Ten sklep, w którym razem robiliśmy zakupy. Przystanek, na którym czekaliśmy na mamę wychodzącą z pracy. Ja po prostu nie wierzę w to, że wszystko się tak cholernie, diametralnie, nieodwracalnie pozmieniało. Z przerażeniem patrzę jak znikają barwy w moim świecie. Jak wszystko przestało mieć znaczenie. Aż trudno w to uwierzyć. Nigdy nie pomyślałabym, że świat może być taki dla człowieka wyblakły. Nie miałam pojęcia, że człowiek może żyć w takich ciemnościach.
teraz Ty jesteś najważniejsza.
OdpowiedzUsuńi najważniejsze, że przynajmniej te badania są w porządku
na resztę przyjdzie czas...
ale to dopiero początek... muszę zmierzyć się z większymi lękami niedługo. boję się jak cholera i w dodatku taka słaba już jestem. zmęczona tym wszystkim.
Usuńtylko sobie nie wmawiaj, że nie masz siły,że się boisz. to wszystko siedzi w głowie. psychicznie siebie zabijasz.
Usuńmnie tego tłumaczyć nie musisz, już mi to zostało kiedyś wytłumaczone :) zresztą, sama jestem tego świadoma. nie wmawiam sobie, to znaczy wmawiam, ale cóż, uroki nerwicy. silniejsze ode mnie. i to nie kwestia zmiany myślenia, to choroba.
UsuńWyjaśnienie niektórych spraw, powiedzenie na głos pewnych spraw/zdań jest potrzebne. Z doświadczenia wiem, że to co w nas głęboko siedzi , kiedyś wyjdzie z nas. Dlaczego nie wybierzesz się do specjalisty? Tylko nie pisz, że to nic nie da.
OdpowiedzUsuńTak, tylko, że nic dobrego z tego nie wynika. To jak wciskanie głębiej starych noży, które kiedyś zostały wepchnięte w plecy. Po prostu mam z tym problem (zawsze miałam) - żyć teraźniejszością, nie patrzeć wstecz. I przez to nie mogę/nie możemy iść dalej.
UsuńBo to nic nie da. A Ty byłaś kiedyś u specjalisty? Wiesz z czym to się je? Wiesz jak to jest?
Już byłam u specjalisty. Potem było już tylko gorzej.
Rozumiem. Zbyt długo żyłam przeszłością...Nie potrafiłam skoncentrować się na teraźniejszości. Owszem, byłam kiedyś u specjalisty. Wiem z czym to się je. Wiem jak to jest. Widocznie nie trafiłaś do specjalisty, który Tobie pomógł. Nie warto zatrzymywać się na jednym.
UsuńWiesz, że to samo powiedział mi ostatnio lekarz - radiolog heh...
UsuńPsycholog/psychiatra? Jeśli mogę zapytać... dlaczego się tam znalazłaś?
Psycholog.
UsuńSamookaleczałam się. Nie potrafiłam poradzić sobie z przeszłością.
Z tego co mi wiadomo, psycholog generalnie niewiele może zdziałać. I wydaje mi się, że z tego typu zachowaniami powinnaś trafić do psychiatry. Chyba, że to był tylko jeden taki mały incydent... Chociaż tak czy siak - ja jak miałam pierwszy (poważniejszy) epizod depresyjny od razu trafiłam do psychiatry.
UsuńPomogły ci te wizyty chociaż? Nie dostałaś skierowania do psychiatry? Przecież to on zajmuje się zaburzeniami psychicznymi i głębszymi problemami. Chyba nie cięłaś się do fanu?
Oczywiście, że samookaleczałam się nie "dla fanu". Miałam problemy, nadal mam. Jednak...jakoś żyję. Jakoś poradziłam sobie. Jak widzisz, nie dostałam..
UsuńNie było takiej potrzeby by skierować Cię na terapię czy po prostu nie chciałaś?
UsuńNie chciałam.
UsuńPS nauczyłabyś mnie zrobić szablon, prosty szablon?
PS na zdjęciach to Ty?
Dlaczego nie chciałaś?
UsuńJA mam nauczyć Cię robić szablon?? :) Ale ja nie umiem XD To co robię jest naprawdę banalnie proste i pozostawia wiele do życzenia. Już mnie coś tutaj irytuje :P Nie mogę znaleźć czegoś odpowiedniego dla siebie, zawsze mi coś nie pasuje ;P
Co do drugiego pytania, no coś Ty! To znana blogerka modowa :)
Bo widziałam wzrok mojej Matki, kiedy musiała iść do psychologa...
UsuńTak, Ty!
Aaa, rozumiem, nie znam jej , stąd moje pytanie! :)
Sama robiłaś szablon?
OdpowiedzUsuńTak.
UsuńPrzepiękny! Gdybym ja tak potrafiła..
UsuńOj, dziękuję :) Cieszę się, że się podoba :) Taki bardzo prosty, jak to u mnie zazwyczaj ;P Lubię minimalizm. Aczkolwiek osobiście już bym go zmieniła :D
UsuńI chyba za ciemne jest to tło.
Ja lubię mieć kolumny, aczkolwiek mnie Twój się podoba ;) . Tło odrobinkę jaśniejsze mogłoby być , ale ogólnie podoba mi się.
UsuńCzasami trzeba uciec, żeby mniej bolało.
OdpowiedzUsuńWieczna ucieczka przed nieuniknionym jest bezsensowna, w rezultacie jeszcze bardziej wyniszczająca.
Usuń